piątek, 30 marca 2012

Komnata 14: Schody do nieba

Henryk, właściwie Heniu, bo tak wolał by go nazywano, był najlepszym stolarzem wśród księży i najlepszym księdzem wśród stolarzy. Drewno było jego pasją od zawsze, uwielbiał jego zapach, uwielbiał patrzeć jak żywa materia przekształcana jest najpierw w grube belki, potem deski, aż wreszcie staje się tym czym miała być - na przykład dębowym stołem.
Heniu kładł się właśnie spać, kiedy w pokoju zrobiło się nienaturalnie jasno. Zmrużył oczy i sięgnął po leżące na nocnej szafce okulary.
- Nie lękaj się Henryku – przemówiła postać ubrana w śnieżnobiała szatę.
- Zostałeś wybrany - na te słowa Heniu przeżegnał się pośpiesznie - żeby wypełnić wolę Najwyższego.
- Zbudujesz schody do Królestwa Bożego! - anioł tak zaakcentował ostatnie dwa słowa, że emerytowanemu kaznodziei zrobiło się słabo, ale nie dał po sobie poznać, słuchał.
- Henryku, weź papier i ołówek i zapisz wszystko co ci powiem, potem według tego planu zbudujesz schody.
- Pamiętaj, żeby dokładnie wypełnić wszystko to co ci teraz powiem, niezależnie od tego co będzie ci się wydawać - nie wątp, ale bądź wierzącym.
Po tych słowach mąż Boży dość szczegółowo przedstawił Henrykowi plan budowy schodów, poczynając od materiałów, których należało użyć, a na długości gwoździ kończąc. Ksiądz zapisał drobnym maczkiem pięć stron notatek.

Rano obudził się z lekkim bólem głowy, leżąc nieruchomo w łóżku przypomniał mu się niezwykły sen. Zastanawiał się co to wszystko może znaczyć, dopóki nie spojrzał na stół. Pięć kartek wyrwanych z brulionu A4, leżało na stole - Plan schodów do nieba.
Pani Helena, gospodyni, na próżno czekała ze śniadaniem. Po dwudziestu minutach zapukała cicho do pokoju księdza, nikt nie podpowiadał, uchyliła drzwi, pokój był pusty, a łóżko niepościelone. Od piętnastu lat nigdy nie spóźnił się na śniadanie - pomyślała - zawsze powtarzał, że porządnie pościelone łóżko to wizytówka człowieka. Silny, miarowy głos hebla stolarskiego położył kres domysłom, a zasadzie zrodził ich jeszcze więcej. Ubrała chustkę na plecy i wyszła na podwórko. Zbliżyła się do okna warsztatu i choć znała księdza ponad dwadzieścia lat, to co zobaczyła przez brudną szybkę mocno ją zdziwiło: stary proboszcz, o zgrozo, w piżamie, hebluje jakieś dechy… O siódmej rano, w niedzielę!
Kolejne dni tygodnia wyglądały identycznie, ksiądz Henryk o świcie znikał w warsztacie, mało mówił, patrzył gdzieś w dal, jakby nieobecny, prawie nic nie jadł. Gospodyni zaczynała się o niego martwić, może miażdżyca, alzheimer, może za dużo jajek podawała na śniadanie, może te tłuste golonki albo żeberka zrobiły swoje.
Jej frustracja sięgnęła zenitu w kolejną niedzielę, zwariował - pomyślała. Zobaczyła jak ksiądz przez otwarte drzwi warsztatu wyciąga coś, co z grubsza wyglądało jak schody. Dolała sobie herbaty i wróciła do swojego punktu obserwacyjnego przy stole w kuchni. Całe podwórko miała stamtąd jak na dłoni. Na środku widziała drewniane schody, przed nimi księdza Henryka na kolanach. Szeptał coś pod nosem, modlił się - rozpoznała po znaku krzyż na koniec. Stanął na wprost schodów, na twarzy miał wypisaną determinację i strach. Był nieogolony, wychudzony, ale oczy miał młode, błyszczące - pociągnęła kolejny łyk herbaty.
Heniu postawił stopę na pierwszym schodzie, niepewnie, delikatnie jak kot. Przytrzymując się poręczy dołączył drugą nogę. Konstrukcja nawet się nie zachwiała, wyglądała ażurowo, ale pewnie.
Ksiądz nabrał powietrza do płuc i ruszył zdecydowanie w górę. Helena pobladła, on naprawdę zwariował i gotowy jest wejść na te swoje schody. Henryk był na trzecim stopniu, Helena w geście przerażenia dotknęła ust. Co on wyprawia? Czy jest ślepy? Kiedy patrzyła jak ksiądz pokonuje kolejne stopnie miała wrażenie, że jest w transie, że nie widzie albo nie chce widzieć podstawowego problemu… Heniu był na szóstym stopniu. Helena niewytrzymała, poderwała się, szarpała chwilę z firaną. Przecież ten stary wariat zaraz zleci, połamie nogi albo kark skręci. Schody sobie zbudował z siedmioma stopniami, cholera, gruchnie zaraz z kilku metrów, połamie się, a kto będzie mu potem rosołki przynosił - czarne myśli przelatywały przez głowę Gospodyni jak pociski z kałasznikowa.
Klamka skrzypnęła, otworzyła okno, chciała coś krzyknąć, nie zdążyła. Widziała wszystko jakby w zwolnionym tempie: Jak stary ksiądz-stolarz wchodzi na siódmy stopień, jak noga w powietrzu szuka ósmego stopnia, nie znajduje, jak traci równowagę, jak leci na dół. Przez chwilę stała nieruchomo z otwartymi ustami, nie mogła wydobyć z krtani żadnego dźwięku. Dopiero jak ksiądz Henryk faktycznie gruchnął o trawnik, jakby otrzeźwiała i ruszyła pędem na podwórko.
Kiedy dobiegła do niego, ksiądz Heniu leżał na placach i zanosił się śmiechem. Najpierw cicho, pod nosem, a kiedy zobaczył nad sobą wystraszoną i bladą twarz Gospodyni wybuchł  szczerym, gromkim śmiechem:
- Rozumiesz już Helenko - płakał ze śmiechu - Łukasz 17,21 - rozumiesz? Nie rozumiała.

2 komentarze: